Poprzedniego dnia, wyruszywszy z Mołodyczy, dotarłam do Radawy. Najpierw wyczytałam na mojej cudownej mapie, że to miejscowość letniskowa, że istnieje od XIV w., że wcześniej nazywała się Rudawa, a to ze względu na produkcję żelaza prowadzoną tu dość intensywnie. Znalazłam także informację, że ksiądz Piotr Skarga tutaj właśnie (podobno) pisał swoje „Kazania na niedziele i święta całego roku”. Postanowiłam iść w ślady księdza Piotra i o ile do pisania kazań się nie zabrałam, to nocleg w Radawie zaliczyłam, bardzo przyzwoity, w miejscowej „agroturystyce”. Jeszcze zdążyłam zaliczyć mały spacer, i rzeczywiście muszę potwierdzić: Radawa miejscowością letniskową jest. I to bardzo. Jest tu urokliwy zbiornik wodny, ogrodzony siatkami i budkami strażniczo-kasowymi... a jeśli wspomniane, okalające akwen wodny, druciane ogrodzenie jeszcze nie jest pod prądem, to jest to tylko kwestia czasu: człowiek wszak idzie z postępem i osiągnięciami. Od północnej strony rozciąga się prawdziwe miasteczko letniskowe, dom przy domku, mnóstwo uliczek. Uciekłam stamtąd „czem prędzej”. Dzisiaj ksiądz Piotr nic by tu już sensownego nie napisał. Miałam wrażenie, że kto żyw z Jarosławia, Sieniawy i okolic ma tutaj chałupkę, dom, albo przynajmniej szałasik i przyjeżdża łapać promienie słońca i taplać się w wodzie.
Nawet przy cmentarzu wojennym z 1915 roku – domki i grille, zgłodniałam od patrzenia na to wszystko. Obok objawiła się nadzieja na smaczne co nieco, na nadziei jednak się skończyło, bo najświeższy z całego menu i najbardziej smakowity był hamburger, którym postanowiłam się pocieszyć do czasu znalezienia czegoś lepszego. „Lepsze” znalazło się w owym gąszczu domków, ale nieczynne już o tej porze, a szkoda.
Rano zwinęłam się oczywiście wcześnie i ruszyłam przed siebie. Przy kościele do niedzielnych szaleństw przygotowani byli już sprzedawcy pistolecików, plastikowych Matek Boskich, Chrystusików i kapiszonów. Odpust! Mnóstwo straganów, ustawionych wzdłuż głównej drogi. Ile szczęścia dla dzieciaków... Drogą niedaleko kościoła wjechałam w las w drogę na Cetulę. Trochę było piachu, ale w sumie jechało się dobrze, a las ładny i Cetula też przyjemna. Dawno nie widziałam baniek na mleko wystawionych przed chałupę. Do tego zapach gnojówki, sklepy otwierane na dzwonek, żurawie studzienne, murowany kościół (dawniej cerkiew) na skraju wsi, konie pasące się na łące i cmentarz przy wyjeździe z wioski. Cisza, spokój i droga.
Z Cetuli zaliczyłam bardzo ładny zjazd do Piwody, a potem popedałowałam sobie do Wiązownicy, gdzie przy miejscowym sklepie zjadłam śniadanko. Ruszyłam na północ drogą w kierunku Sieniawy. Nie miałam zamiaru dojeżdżać do samego miasta, a przeprawić się przez San zaznaczonym na mapie promem w Leżakowie. Na miejscu dowiedziałam się jednak, ze prom od jakichś 10 lat nie działa. Mapa została wydana w 2004, zatem apeluje: kochane Przedsiębiorstwo Geodezyjno-Kartograficzne OPGK Rzeszów SA, wydaliście śliczną mapkę, ale proszę nie zaznaczajcie w następnych wydaniach promu w Leżakowie, bo już go tam nie ma i pewnie nie będzie! I może dobrze, bo dzięki temu zobaczyłam owo dziwo architektoniczne, które dzień wcześniej „podziwiałam” z drugiego brzegu rzeki. Podjazd brukowany, brama i emblematy przy bramie jak z Rosji Carskiej, kamery, elektronika, mercedesy na podjeździe. Pomyślałam, że to może letnia rezydencja Putina i postanowiłam nawet zdjęć nie robić, bo mnie satelitą namierzą i ani zipnę.
Ponownie zaliczyłam Sieniawę i (boską!) kawę w Hotelu Sieniawa, a potem już tylko mostek i zjazd uroczą trasą wzdłuż Sanu do Jarosławia. Tylu bocianów, co tam, to ja w życiu nie widziałam. Droga chwilami prowadziła nad samą rzeką, a że to całkiem boczna droga była, postanowiłam sobie odpocząć i rozłożyłam się pod przydrożnym drzewem: na spanie mi się zebrało. W pewnym momencie usłyszałam szum silnika, samochód przejechał, ale po chwili zawrócił i zatrzymał się pod drzewem. Podniosłam głowę. Z samochodu wychylił się mężczyzna, popatrzył na mnie i zapytał czy wszystko w porządku – pokiwałam twierdząco, że jak najbardziej, poczułam się „zaopiekowana” i zasnęłam snem sprawiedliwego, spełnionego rowerzysty.
4 komentarze:
Takie klimaty tez uwielbiam natura ,przyroda,banki na mleko nieczynny prom i ten zapach ogrodkow wiejskich...ladnie sie oglada z siodla roweru, niejeden spotkany mlody czlowiek zamienilby sie z Toba, chociaz ja wiem.
gregter, co chcesz mi powiedziec? ze jestem stara?
nie tylko znam zycie dzieci na wsi -one moze marza o wycieczkach ,o dostatnim zyciu ,moga zazdroscic podrozujacym ,moze bardziej tym co jezdza mercedesem, ale jest problem-one maja przede wszystkim wpojona prace i niezrozumiale moze byc dla nich takie spedzanie wolnego czasu. jednoczesnie nie wywyzszam zadnego sposobu na zycie
Ano, na to to ja juz nic nie poradze niestety.
Prześlij komentarz