Przebudzenie w Hrubieszowie. Plan na dzisiaj ustatliliśmy dnia poprzedniego, zatem ambitnie – dojechać do Włodawy. Już jednak poźna pobudka kazała nam, podejść do tych założeń z lekką rezerwą. Ostatecznie postanowiliśmy jechać dokąd się da i nie przejmować brakiem planowej wydajności produkcyjnej.

Na początek krótkie zwiedzanie Hrubieszowa. Prawa miejskie Hrubieszów uzyskał w 1400 r. z rąk mojego ukochanego Władysława Jagiełły. To tutaj Jagiełło spotykał się ze swoim toksycznym bratem Witoldem i jeszcze bardziej ciężkim we współżyciu cesarzem Zygmuntem, tędy wreszcie wiodła droga polskiego króla do pobliskiego Horodła, gdzie podpisano w 1413 r. kolejna unię polsko-litewską.

Właściwie wszystko co ważne w zwiedzaniu Hrubieszowa mieści się na ulicy 3 Maja – barokowy kościół i klasztor dominikanów, których budowę wsparła rodzina Kurdwanowskich. Nomen omen codziennie pokonuje w Krakowie trase Kurdwanów-Centrum. Prawie naprzeciwko kościoła stoi cerkiew prawosławna pw. Wniebowzięcia NMP z 1873 roku, oczywiście z rozporządzenia władz carskich. Idąc dalej w kierunku zachodnim ineliśmy barokową plebanię z 1746 r. To tutaj w 1847 roku urodził się Aleksander Głowacki (Bolesław Prus). Co prawda pisarz opuścił te tereny w wieku 3 lat, ale niech tam, niedaleko jest park i pomnik całkiem już dorosłego i utytułowanego autora. Naprzeciwko parku znajduje się dworek Du Chateau. Wracający z wojen napoleońskim Francuz osiadł tu i zbudował dworek.
Obejrzeliśmy to wszystko, nie ukrywam pobieżnie, gdyż głód kofeinowy nie pozwolił nam się skupić nas szczegółach. Nagle stanęliśmy przed witryną sklepową na której bardzo dużymi literami, było napisane KAWA. Matko Bosko – pomyślałam, czuwasz nad nami. Pani w sklepie na nasze kofeinowe zamowienie zareagowała uprzejmym zdziwieniem. Przerażenie za zdziwienie. Okazało się, że nikt z miejscowych kawy nie zamawia. Pani jednak, stanęła na wysokośc zadania, a że była kobietą miłą i serdeczną zorganizowała filiżanki i zrobiła nam pyszną kawę.

Wreszczie ruszyliśmy. Dzień był słoneczny i prawie upalny. Kierunek Horodło. Minęliśmy uprawy chmielu, i pola z ogromnymi belami zrulowanej słomy. Wreszcie znalazłam jakieś rozsądne przeznaczenie, dla tego dominjącego elementu nowoczesnego, wejskiego krajobrazu. Urządziliśmy słomiane rodeo, co przypomniało nam wszystkim czasy koników na biegunach i generalnie wprawiło w jeszcze lepszy nastrój.


W Stryżowie skręciliśmy w lewo i przez Hrebenne dotarliśmy do Horodła. Tu zrobił na nas wrażenie koscół polsko-katolicki. Inwencja artystyczno-polityczna miejscowego proboszcza ogromna. Wielkie kamienn lwy wylegiwały się w parku, przeniesione je tu z dawnego parku przydworskiego. Przy rynku kosciół i klasztor dominikanów, których do Horodła sprowadziła w 1411 roku siostra Jagiełły, Aleksandra żona księcia mazowieckiego Ziemowita. Niedaleko klasztoru cerkiew grekokatolicka, obecnie użytkowanna przez katolików. Przed wojną na terenie Horodła znajdowała się także cerkiew prawosławna rozebrana w 1938 r. przez władze polskie.

Przeczytaliśmy, że w okolicy znajduje się kopiec Unii Horodelskiej, ruszylsm na jego poszukiwanie. Kopiec okazał się małym cyckiem usypanym z ziemi. Nie poświęciliśmy mu nalezytej uwagi i ruszyliśmy dalej na na północ, przez Dubienke.
W Dubience czołg, najprawdziwszy na świecie, taki jakim jeździł Janek i Gustlik i cała reszta. Pokolenie Czterech Pancernych i psa. Przy czołgu bawił się chłopiec, miał może 6 lat. Jadł jakąś nieprawdopodobnie wielka porcję lodów i zwracał się do mnie per kapitanie kukurydza. Czołg podobno osobiście wjechał na podest. Niedaleko ustawiona jest armata. Pierwotnie skierowana była na wschód, ale w trakcie jednej z wizyt partyjnych notabli zauważono to karygodne niedopatrzenie i od tej pory armata skierowana jest na zachód. Kto wie, może zawita kiedyś do Dubienki natowska delegacja i wszystko wróci na swoje miejsce.
Z Dubienki boczną droga ruszyliśmy przez malowniczą Uhańkę. Po drodze zaliczyliśmy kolejny kopiec, tym razem usypany ku czci Kościuszki. W Husynnem troche pogubliśmy szlak, ale to jak zwykle na szczęście, bo przeprawiliśmy się przez malownicze pola kukurydzy i stada bocianów, gdzieś poza czasem na końcu świata.

Za Dorohuskiem bardzo przyzwoita knajpa dla TIRowców, posilililiśmy się i ruszyliśmy dalej. O zmierzchu wjechaliśmy do Woli Uhruskiej. Postanowliśmy poszukać tu noclegu. Monika dostała jakiegoś szału poszukiwawczego i w końcu znalazła na skraju wsi, tuż przy lesie kwatere. To była ostatnia wspólna noc z Renatą i Grzesiem. Postanowilismy to uczcić, ale tak żeby nas następnego dnia głowy nie bolały, i spokojnie do tej Włodawy jednak dojechać.
Na początek krótkie zwiedzanie Hrubieszowa. Prawa miejskie Hrubieszów uzyskał w 1400 r. z rąk mojego ukochanego Władysława Jagiełły. To tutaj Jagiełło spotykał się ze swoim toksycznym bratem Witoldem i jeszcze bardziej ciężkim we współżyciu cesarzem Zygmuntem, tędy wreszcie wiodła droga polskiego króla do pobliskiego Horodła, gdzie podpisano w 1413 r. kolejna unię polsko-litewską.
Właściwie wszystko co ważne w zwiedzaniu Hrubieszowa mieści się na ulicy 3 Maja – barokowy kościół i klasztor dominikanów, których budowę wsparła rodzina Kurdwanowskich. Nomen omen codziennie pokonuje w Krakowie trase Kurdwanów-Centrum. Prawie naprzeciwko kościoła stoi cerkiew prawosławna pw. Wniebowzięcia NMP z 1873 roku, oczywiście z rozporządzenia władz carskich. Idąc dalej w kierunku zachodnim ineliśmy barokową plebanię z 1746 r. To tutaj w 1847 roku urodził się Aleksander Głowacki (Bolesław Prus). Co prawda pisarz opuścił te tereny w wieku 3 lat, ale niech tam, niedaleko jest park i pomnik całkiem już dorosłego i utytułowanego autora. Naprzeciwko parku znajduje się dworek Du Chateau. Wracający z wojen napoleońskim Francuz osiadł tu i zbudował dworek.
Wreszczie ruszyliśmy. Dzień był słoneczny i prawie upalny. Kierunek Horodło. Minęliśmy uprawy chmielu, i pola z ogromnymi belami zrulowanej słomy. Wreszcie znalazłam jakieś rozsądne przeznaczenie, dla tego dominjącego elementu nowoczesnego, wejskiego krajobrazu. Urządziliśmy słomiane rodeo, co przypomniało nam wszystkim czasy koników na biegunach i generalnie wprawiło w jeszcze lepszy nastrój.
W Stryżowie skręciliśmy w lewo i przez Hrebenne dotarliśmy do Horodła. Tu zrobił na nas wrażenie koscół polsko-katolicki. Inwencja artystyczno-polityczna miejscowego proboszcza ogromna. Wielkie kamienn lwy wylegiwały się w parku, przeniesione je tu z dawnego parku przydworskiego. Przy rynku kosciół i klasztor dominikanów, których do Horodła sprowadziła w 1411 roku siostra Jagiełły, Aleksandra żona księcia mazowieckiego Ziemowita. Niedaleko klasztoru cerkiew grekokatolicka, obecnie użytkowanna przez katolików. Przed wojną na terenie Horodła znajdowała się także cerkiew prawosławna rozebrana w 1938 r. przez władze polskie.
Przeczytaliśmy, że w okolicy znajduje się kopiec Unii Horodelskiej, ruszylsm na jego poszukiwanie. Kopiec okazał się małym cyckiem usypanym z ziemi. Nie poświęciliśmy mu nalezytej uwagi i ruszyliśmy dalej na na północ, przez Dubienke.
W Dubience czołg, najprawdziwszy na świecie, taki jakim jeździł Janek i Gustlik i cała reszta. Pokolenie Czterech Pancernych i psa. Przy czołgu bawił się chłopiec, miał może 6 lat. Jadł jakąś nieprawdopodobnie wielka porcję lodów i zwracał się do mnie per kapitanie kukurydza. Czołg podobno osobiście wjechał na podest. Niedaleko ustawiona jest armata. Pierwotnie skierowana była na wschód, ale w trakcie jednej z wizyt partyjnych notabli zauważono to karygodne niedopatrzenie i od tej pory armata skierowana jest na zachód. Kto wie, może zawita kiedyś do Dubienki natowska delegacja i wszystko wróci na swoje miejsce.
Z Dubienki boczną droga ruszyliśmy przez malowniczą Uhańkę. Po drodze zaliczyliśmy kolejny kopiec, tym razem usypany ku czci Kościuszki. W Husynnem troche pogubliśmy szlak, ale to jak zwykle na szczęście, bo przeprawiliśmy się przez malownicze pola kukurydzy i stada bocianów, gdzieś poza czasem na końcu świata.
Za Dorohuskiem bardzo przyzwoita knajpa dla TIRowców, posilililiśmy się i ruszyliśmy dalej. O zmierzchu wjechaliśmy do Woli Uhruskiej. Postanowliśmy poszukać tu noclegu. Monika dostała jakiegoś szału poszukiwawczego i w końcu znalazła na skraju wsi, tuż przy lesie kwatere. To była ostatnia wspólna noc z Renatą i Grzesiem. Postanowilismy to uczcić, ale tak żeby nas następnego dnia głowy nie bolały, i spokojnie do tej Włodawy jednak dojechać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz