niedziela, 16 marca 2008

RaZ DoKołA

To był koniec samotności: wieczorem w Jarosławiu spotkałam się wreszcie z Renatą, Grzesiem i Teresą, i dalej jechaliśmy już razem. Ale spotykając ich, miałam za sobą jeszcze jeden dzień samotnej włóczęgi.


Poprzedniego dnia, wyruszywszy z Mołodyczy, dotarłam do Radawy. Najpierw wyczytałam na mojej cudownej mapie, że to miejscowość letniskowa, że istnieje od XIV w., że wcześniej nazywała się Rudawa, a to ze względu na produkcję żelaza prowadzoną tu dość intensywnie. Znalazłam także informację, że ksiądz Piotr Skarga tutaj właśnie (podobno) pisał swoje „Kazania na niedziele i święta całego roku”. Postanowiłam iść w ślady księdza Piotra i o ile do pisania kazań się nie zabrałam, to nocleg w Radawie zaliczyłam, bardzo przyzwoity, w miejscowej „agroturystyce”. Jeszcze zdążyłam zaliczyć mały spacer, i rzeczywiście muszę potwierdzić: Radawa miejscowością letniskową jest. I to bardzo. Jest tu urokliwy zbiornik wodny, ogrodzony siatkami i budkami strażniczo-kasowymi... a jeśli wspomniane, okalające akwen wodny, druciane ogrodzenie jeszcze nie jest pod prądem, to jest to tylko kwestia czasu: człowiek wszak idzie z postępem i osiągnięciami. Od północnej strony rozciąga się prawdziwe miasteczko letniskowe, dom przy domku, mnóstwo uliczek. Uciekłam stamtąd „czem prędzej”. Dzisiaj ksiądz Piotr nic by tu już sensownego nie napisał. Miałam wrażenie, że kto żyw z Jarosławia, Sieniawy i okolic ma tutaj chałupkę, dom, albo przynajmniej szałasik i przyjeżdża łapać promienie słońca i taplać się w wodzie.



Nawet przy cmentarzu wojennym z 1915 roku – domki i grille, zgłodniałam od patrzenia na to wszystko. Obok objawiła się nadzieja na smaczne co nieco, na nadziei jednak się skończyło, bo najświeższy z całego menu i najbardziej smakowity był hamburger, którym postanowiłam się pocieszyć do czasu znalezienia czegoś lepszego. „Lepsze” znalazło się w owym gąszczu domków, ale nieczynne już o tej porze, a szkoda.



Rano zwinęłam się oczywiście wcześnie i ruszyłam przed siebie. Przy kościele do niedzielnych szaleństw przygotowani byli już sprzedawcy pistolecików, plastikowych Matek Boskich, Chrystusików i kapiszonów. Odpust! Mnóstwo straganów, ustawionych wzdłuż głównej drogi. Ile szczęścia dla dzieciaków... Drogą niedaleko kościoła wjechałam w las w drogę na Cetulę. Trochę było piachu, ale w sumie jechało się dobrze, a las ładny i Cetula też przyjemna. Dawno nie widziałam baniek na mleko wystawionych przed chałupę. Do tego zapach gnojówki, sklepy otwierane na dzwonek, żurawie studzienne, murowany kościół (dawniej cerkiew) na skraju wsi, konie pasące się na łące i cmentarz przy wyjeździe z wioski. Cisza, spokój i droga.


Z Cetuli zaliczyłam bardzo ładny zjazd do Piwody, a potem popedałowałam sobie do Wiązownicy, gdzie przy miejscowym sklepie zjadłam śniadanko. Ruszyłam na północ drogą w kierunku Sieniawy. Nie miałam zamiaru dojeżdżać do samego miasta, a przeprawić się przez San zaznaczonym na mapie promem w Leżakowie. Na miejscu dowiedziałam się jednak, ze prom od jakichś 10 lat nie działa. Mapa została wydana w 2004, zatem apeluje: kochane Przedsiębiorstwo Geodezyjno-Kartograficzne OPGK Rzeszów SA, wydaliście śliczną mapkę, ale proszę nie zaznaczajcie w następnych wydaniach promu w Leżakowie, bo już go tam nie ma i pewnie nie będzie! I może dobrze, bo dzięki temu zobaczyłam owo dziwo architektoniczne, które dzień wcześniej „podziwiałam” z drugiego brzegu rzeki. Podjazd brukowany, brama i emblematy przy bramie jak z Rosji Carskiej, kamery, elektronika, mercedesy na podjeździe. Pomyślałam, że to może letnia rezydencja Putina i postanowiłam nawet zdjęć nie robić, bo mnie satelitą namierzą i ani zipnę.



Ponownie zaliczyłam Sieniawę i (boską!) kawę w Hotelu Sieniawa, a potem już tylko mostek i zjazd uroczą trasą wzdłuż Sanu do Jarosławia. Tylu bocianów, co tam, to ja w życiu nie widziałam. Droga chwilami prowadziła nad samą rzeką, a że to całkiem boczna droga była, postanowiłam sobie odpocząć i rozłożyłam się pod przydrożnym drzewem: na spanie mi się zebrało. W pewnym momencie usłyszałam szum silnika, samochód przejechał, ale po chwili zawrócił i zatrzymał się pod drzewem. Podniosłam głowę. Z samochodu wychylił się mężczyzna, popatrzył na mnie i zapytał czy wszystko w porządku – pokiwałam twierdząco, że jak najbardziej, poczułam się „zaopiekowana” i zasnęłam snem sprawiedliwego, spełnionego rowerzysty.



AbY PrZed SiEbiE

To był dziwny dzień: najpierw gonitwa za kawą, a potem szukanie pomysłu na spędzenie czasu do przyjazdu reszty ekipy... Mieliśmy się spotkać w Jarosławiu następnego dnia. Postanowiłam zatem „zrobić kółko”. Objechać Sieniawę i przenocować w okolicy tak, żeby jeszcze jutro mieć możliwość zobaczenia czegoś ciekawego przed dojechaniem – na popołudnie – do punktu zbornego.

W recepcji Hotelu Sieniawa leżał egzemplarz maszynopisu, który okazał się przewodnikiem po okolicach Sieniawy, spisanym przez miejscowego pasjonata. Dzieło owo było jak suto zastawiony stół, do którego nie mogłam się dobrać z powodu braku czasu. Zadowoliłam się zatem fast foodem - mapą okolic Sieniawy z w miarę wyczerpującym opisem.

Jeszcze w centrum Sieniawy doznałam pierwszego uszczerbku na zdrowiu. Uderzyłam sie w kość strzałkową pedałem własnego roweru. To prawie jak strzelić sobie samobója, tyle że tu krew sie polała. W budynku ratusza była apteka. Kupiłam wodę utlenioną. Apteka chwaliła się 100-letnią tradycją. Dowodziły jej przede wszystkim meble, stare apteczne skrzynki z wykaligrafowanymi łacińskimi nazwami leków. Właściciele, zorganizowali też minimuzeum z dyplomami i zaświadczeniami, zdjęciami sprzed wieku. Jak się okazało, apteka – i owszem – istniała już ponad sto lat... ale dopiero od niedawna w tym miejscu.

Próbowałam poczuć atmosferę dawnego portowego miasta, wyobrazić sobie to miejsce jako centrum tętniące życiem: statki zawijające do portu, pełne spichlerze, karawany kupieckie przeprawiające się przez miasto w drodze na wschód i ze wschodu w kierunku Śląska, oddziały wojska imć Hieronima Sieniawskiego stacjonujące w pobliskiej twierdzy, tych wszystkich tkaczy, rzeźników, szewców, kuśnierzy, garncarzy, ale też muzyków i malarzy; Polaków, Rusinów i Żydów, którzy żyli i pracowali obok siebie. I nic z tego nie zostało. Ratusz pośrodku, obok supermarket, smętne stoiska z pomidorami i wiklina, a obok niskie bloki.



Uciekłam czem prędzej w kierunku Rudek – i nie zawiodłam się. Wyjechałam prosto na murowany kościół (dawna cerkiew) by zaraz za nim, tuż tuż, natknąć się na prawdziwą perełkę drewnianej architektury, pochodzącą z XVII w. cerkiewkę. Niczym dziecko kryjące się za spódnicą matki, i ona schowana była za murowaną fasadą nowszej świątyni.



W Rudkach wjechałam na główną drogę prowadzącą z Sieniawy na Tarnogród, i skręciłam w prawo w Majdanie Sieniawskim. Tu natknęłam się na przydrożny krzyż. Zatrzymałam się i postanowiłam odpalić mojego Olympusika. Gdy tylko zaczęłam przymierzać się do ujęcia, z pobliskiej chałupy wyszedł człowiek, który mi o krzyżu i pobliskiej nieistniejącej już lipie zaczął opowiadać. Po lipie został jedynie ścięty pień, a podobno piękna była... Sądząc po tym, co zostało, musiała być rzeczywiście imponująca. Niestety, w trakcie prac kanalizacyjnych któryś z robotników uszkodził korzeń, i trzeba ją było ściąć. A drzewo stare było: jeszcze matka tego człowieka z którym rozmawiałam – dziś 80-letnia – opowiadała, że jej ojciec (!) mówił, że jego ojciec (!!!) je pamiętał. Dużo widziała ta lipa. Może i tego, który budował kapliczkę i pewnie w podmurówkę wsadził butelkę z intencją.



Tak podobno było z sąsiednim krzyżem, który wybudował żołnierz, wracający z wojen napoleońskich. Takich podziękowań po drodze i próśb jest bardzo dużo, a wszystkie piękne.



Dojechałam do końca drogi i przy kolejnym krzyżu skręciłam w prawo w wiejską drogę. Minęłam kombajn, który pełną parą pracował na środku pola. Malowniczą drogą koło leśniczówki wjechałam w Pawłowej w kompleks leśny. Aż dziw bierze, że tu nie ma ścieżek rowerowych. Wjechałam w sam środek ogromnego lasu. Wokół nikogo i tylko drzewa. I tak jakieś 8 km, aż wreszcie wyłoniłam się z lasu i wjechałam prosto na drogę Sieniawa – Oleszyce. Dotarłam do Mołodyczy i tu skręciłam na Radawę.



Mołodycz do 1945 była zamieszkana przez Ukraińców. To mój pierwszy kontakt z akcją „Wisła”, której ofiarą padła m.in. ta właśnie miejscowość, a właściwie jej mieszkańcy. W trakcie walk z bandami UPA wieś została wysiedlona i zniszczona, pozostała po niej niepiękna ale klimatyczna cerkiewka – obecnie jest to kościół katolicki.



Nieopodal znajduje się studnia z cudownie lodowatą wodą, w której z dziką rozkoszą zanurzyłam nogi, nie zdejmując nawet sandałów, żeby cieszyć się chłodem jeszcze dużo później.



Dzień zakończyłam w Radawie, gdzie znalazłam bardzo przyzwoity nocleg...

piątek, 14 marca 2008

KaWy! KAwY! KrÓlEsTwO Za KaWę!
















Obudziłam się w Przeworsku na campingu niedaleko Restauracji Pastewnik. Było bardzo wcześnie. Zapakowałam sakwy i ruszyłam. To był dopiero drugi dzień w drodze. W normalnych warunkach pochłaniam ogromne ilości kawy, a zwłaszcza rano bez kofeinowego wspomagania – ani rusz. Było jednak za wcześnie, aby odwiedzić pobliską knajpę. Na razie zatem, zamiast kofeiny, postanowiłam pocieszyć się łykiem świeżego powietrza i urokiem pobliskiego parku. Poprzedniego dnia przed zaśnięciem udało mi się jeszcze zaliczyć mały spacer po Przeworsku. Miasteczko miłe i klimatyczne, choć nieco zaniedbane.



























Bardzo spodobała mi się Bazylika św. Ducha. Jest to jedno z tych miejsc, w którym mam wrażenie, że wszystko jest możliwe. Nawet to, że nagle zza rogu wyłoni się ktoś zagubiony w odmętach czasu, a może ja sama się w nim zawieruszę – choćby na moment.

Wąska uliczka prowadzi do bramy w średniowiecznych murach obronnych, nad którymi góruje gotycka wieża kościoła. Charakterystycznym elementem jest podobny do prawosławnego podwójny krzyż bożogrobowców, pierwszych gospodarzy świątyni i zarządców okolicznych dóbr.

































Przełączka prowadzi z kościoła do pobliskiej plebanii, tworzy malowniczą całość. Tylko po co te samochody?



We wschodniej części starych murów znajduje się brama z widokiem na uliczkę prowadzącą do centrum. Wszystko na terenie dawnego cmentarzyska i w najstarszej części miasta, zwanej dawniej Kniaże Pole.



Przy uliczce prowadzącej do ratusza Jan Nepomucen pilnuje, aby ludziom kasy nie zabrakło – na artykuły spożywcze, owoce i warzywa. Robotę ma ciężką, to i zmartwiony jest bardzo i ku ziemi ciążący. Nad rynkiem dominuje budynek ratusza, którego początki sięgają XV wieku.

Sam park (założony na przełomie XVIII i XIX wieku) okazał się bardzo przyjemny. Piękna przestronna aleja, z pierwszymi, już o tej porze, spacerowiczami. Na terenie parku znajduje się zespół pałacowy – sam pałac powstał z inicjatywy księcia Henryka Lubomirskiego w pierwszej połowie XIX w. W budynkach pałacu znajduje się Muzeum, oczywiście nieczynne o tej porze. Trudno – pomyślałam – trzeba tu będzie wrócić... i pojechałam dalej na Sieniawę. Miałam nadzieję, że po drodze znajdę choćby jakąś stację benzynową, byle z kawą. Byłam już blisko, była i stacja, i ekspres do kawy, ale niestety – nieczynny. Obsługa stacji dała mi jeszcze nadzieję: dwa kilometry dalej jest restauracja! Była, ale jeszcze zamknięta. Chociaż colę, pepsi jakieś na przetrwanie.... Pomogło na chwilę.
































Droga była ładna, minęłam jakiś dziwny zbiornik wodny, właściwie wodny bunkier, jakoś tak militarnie wyglądał i obetonowany był z każdej strony. Wreszcie, od zachodniej strony, zaczęłam zbliżać się do Sieniawy. Z dala za Sanem widać było jakiś nieprawdopodobny twór architektoniczny, coś między pałacem zimowym, cerkwią prawosławną a pałacem chińskich cesarzy. Daleko było, więc nie do końca byłam w stanie ocenić dominujący wątek stylistyczny, tej zadziwiającej, niewątpliwie psującej proporcje otoczenia budowli. Pomyślałam, że może majaczę już z braku tej kawy, więc z jeszcze większą determinacją docisnęłam pedały. W końcu w Sieniawie, do jasnej... kawy musi być!































Po drodze było sporo reklam Hotelu Sieniawa, iskierka nadziei. Hotel okazał się być dawnym pałacem Czartoryskich położonym na terenie pięknego kompleksu parkowego. Zobaczyłam restaurację, jestem uratowana! Jednak nie: czynna od 11.00, a jeszcze godzina oczekiwania na dawkę kofeiny może okazać się zabójcza. Ratunek nadszedł w końcu z innej strony. Wpadłam do recepcji hotelowej, gdzie na posterunku tkwiła bardzo sympatyczna Pani. Oznajmiłam, że musi mnie poratować i powiedzieć gdzie, byle natychmiast, mogę napić się kawy. Okazało się, że w hotelowej restauracji, gdzie właśnie wydawano śniadania. Przeszłam przez wnętrza ni to muzealne, ni to hotelowe, weszłam do pomieszczenia zastawionego filiżankami, tacami z jedzeniem i termosami z kawą. „Raj!” pomyślałam, i gdybym miała jakieś królestwo na podorędziu zaraz bym je podarowała chłopcu, który wskazał mi filiżankę a potem zainkasował 5 PLN. Nawet Niderlandów nie miałam, ale i tak byłam szczęśliwa.

czwartek, 13 marca 2008

PiErwsZy DzIeń WoLnoŚCi

Stałam na dworcu, czekałam na pociąg i nie mogłam uwierzyć, że to już i teraz, że to start prawdziwy tego, na co czekałam cały rok. Czekałam i wyczekałam: ja już spakowana, na dworcu, rowerek objuczony i gotowy do wysiłku i pierwszej w jego krótkim życiu wyprawy. Choć wyprawa w tym wypadku to może semantyczne nadużycie... Od lat planowałam zwiedzenie wschodnich terenów Rzeczpospolitej, a że wakacje w tym roku krótsze niż zazwyczaj – postanowiłam tęsknotom tym uczynić zadość.Zapakowałam się w pociąg i ruszyłam do Łańcuta. Jako jedyna wypakowałam się na stacji i postanowiłam zacząć moje wakacje od małego co nieco: w centrum trafiłam na sympatyczną pizzerię i tu nadrobiłam niedobory kalorii. Przy okazji zasmakowałam nieco miejscowej atmosfery, siedząc na tarasie i obserwując toczące się wokół życie.


Wzmocniona na ciele, postanowiłam zmierzyć się wreszcie z architektoniczną legendą Łańcuta.Wybierałam się tutaj od lat.

Łańcucka rezydencja powstała jako „palazzo in fortezza”, i tej tradycji pozostaje wierna, nadal się broniąc – głównie przed rowerzystami. Strażnik poinformował mnie, że nie mogę na terenie muzeum pozostawić roweru i nie ma możliwości zabezpieczenia sakw. Okazał mi jednak łaskę i zezwolił na spacer po parku; oczywiście musiałam obiecać, że będę chodzić a nie jeździć po obiekcie.

No to sobie pochodziłam...


Podziwiając park i otoczenie pałacu, spostrzegłam uroczy kawałek trawnika i cudownie ukwiecony klomb, przez który postanowiłam zrobić ujęcie na fasadę budynku. W tym celu musiałam położyć się na trawie, co ochoczo uczyniłam. Nagle – z niebios odezwał się głos: „Pani w zielonych spodniach, proszę opuścić trawnik!” Pomyślałam, że to sam Bóg mnie upomniał i dba o jakość łańcuckich trawników. Potem jednak nabrałam pewnych wątpliwości. A zresztą nawet jeśli Bóg – ponegocjować można... „Trawniki są od leżenia”, zasugerowałam nieśmiało, na co usłyszałam z Niebios – „proszę zejść z trawnika!”. Teraz wiedziałam już, że to nie Bóg, lecz Wielki Brat łańcuckiego pałacu przemówił do mnie. Usunęłam się z trawnika, Wielki Brat zamilkł, a ja już z odpowiedniej odległości podziwiałam alejki, którymi chadzali Lubomirscy, Czartoryscy, Potoccy. Może do nich, przez metalową rurę, jakiś Wielki Brat też wykrzykiwał: „Arcyksiążę Franciszek Ferdynand! Proszę nie niszczyć trawnika!”


Opuściłam Łańcut z mocnym postanowieniem poprawy, powrotu bez roweru, nie pokładania się po trawnikach i zwiedzania jak Pan Bóg przykazał.



Ruszyłam drogą na Kańczugę. Po drodze skręciłam do Soniny, gdzie bardzo ładny zjazd poprowadził mnie do drewnianego kościółka, usytuowanego tuż za szkołą. Tu już spokojnie wyłożyłam się na trawie, delektując uroki Szlaku Architektury Drewnianej, oraz krótko przystrzyżonej trawy.



Opuściłam Schonewald – to pierwotna nazwa Soniny, wskazująca na jej pierwszych niemieckich mieszkańców – i ruszyłam drogą mijając pola, na których żniwa szły pełną parą.

W pewnym momencie znalazłam drogowskaz na Markową i skansen, pojechałam. I znowu znalazłam się w strefie dawnego niemieckiego osadnictwa – dawna nazwa miejscowości to Merkenhof. Jakoś tak czyściej dookoła, może to duchy saksońskich rolników nadal czuwają nad estetyką otoczenia? Chłopiec na dziecinnym rowerku pokazał mi drogę. Spóźniłam się niestety, bo skansen czynny do 15.00, a szkoda – bo to urocze miejsce. Szkoda tym bardziej, że – jak się okazało – to jedyny społeczny skansen w Polsce: powstał z inicjatywy miejscowej ludności. Udało mi się jednak przeskoczyć płot i choć przez chwilę przyjrzeć się zabudowaniom z bliska.


Z Markowej skierowałam się na Kańczugę, potem Urzejowice, wreszcie do Przeworska. Mijałam chałupy i przydrożne kapliczki, tylko agroturystyki żadnej. Zaczęło mnie to nieco niepokoić, ale w końcu w Przeworsku pomyślałam, że tu coś musi się znaleźć.

Zaraz przy wjeździe do Przeworska trafiłam na camping. Domki drewniane, obok stylizowana na wiejską karczmę restauracja, w której za chwilę miało się rozpocząć weselne przyjęcie. Trochę Niemców kręciło się po okolicy. A domki okazały się bardzo miłe. Rozpakowałam się i wyruszyłam na krótki wieczorny spacer po Przeworsku. Jeszcze szybki prysznic i nawet nie wiem kiedy zasnęłam; śniły mi się słonie (te trawnikowe, z ronda w Przeworsku), jak objuczone sakwami crosso niosą mnie w siną dal...

środa, 12 marca 2008

HiTsCHcOcK DaY

Dzień zaczął się zgodnie z zasadami najlepszego kryminału. Wyruszyliśmy na przejażdżkę i zanim wyjechaliśmy z Suśca mieliśmy pierwszą ofiarę tej wyprawy. Renata! Najpierw ból, potem chlupotanie w nodze, tuż nad piętą. Symptomy, niebezpiecznie wskazywały na ścięgno Achillesa. Z Achillesem żartów nie ma. Zapadł wyrok – odstawiamy Renatę na kwaterę. Tragedia tuż po śniadaniu, potem napięcie powinno już tylko rosnąć.



Teresa jako wprawna rehabilitantka obandażowała nogę. Obiecaliśmy Renacie potraktować dzisiejsza wycieczkę jako pielgrzymkę w intencji jej wyzdrowienia.

Ruszyliśmy przez Oseredek i Hamernię do Józefowa. Na peryferiach Józefowa zatrzymaliśmy się w miejscowym barze. Staraliśmy się dowiedzieć od miejscowych skąd nazwa Hamernia. Barmanka mieszkała w Hamerni, pytanie o pochodzenie nazwy zaskoczyło ją jednak. Heroicznie podjęła twórczą próbę sprostania naszej ciekawości. Na pewno od jakiegoś Hamera – stwierdziła po chwili namysłu. Grupa miejscowych, która spożywała płyny pokiwała głowami i też padli przed tak postawionym problemem. Wiedzieli, że w okolicy była drukarnia, ale nikt nic nie wiedział o hamernii. Luki w edukacji uzupełniliśmy wieczorem, korespondencyjnie – telekomunikacyjnie właściwie. Telefon do Dorotki, i wszystko się wyjaśniło, hamernia to po prostu kuźnia napędzana mechanicznie, np. siłą koła wodnego.

Józefów położony na terenie dawnej Ordynacji Zamoyskiej, został założony przez piątego ordynata Tomasza Józefa Zamoyskiego na poczatku XVIII w. Około 1820 r. żydowska rodzina Waxów uruchomiła w Józefowie drukarnię wydającą hebrajskie teksty. Był czas, kiedy z drukarni utrzymywała się ponad połowa mieszkańców miasteczka. W II poł. XIX w. drukarnia padła pod ciężarem konkurencji i rosyjskiej cenzury.

Wjechaliśmy do centrum miasteczka, zajechaliśmy pod neobarokowy kościół, przejechaliśmy koło centrum wszechświata - ciucharni i wylądowaliśmy pod synagogą. Pusto, smętnie, klimatycznie.



Z Józefowa ruszyliśmy drogą w kierunku Aleksandrowa, ale zaraz za miastem skręciliśmy w czerwony szlak w kierunku Tarnowoli. Po drodze minęliśmy zagubione w lesie resztki kamieniołomów. W Tarnowoli drogą przez las dotarliśmy do Górecka Kościelnego, wsi założonej w XVII w. Pośrodku stoi modrzewiowy kościół. Od kościoła aleją dębów dotarliśmy do rzeki Szum, tuż nad rzeczką stoi kapliczka. Nie zwykła kapliczka, a cudowna. Jej lokalizacje wskazał św. Stanisław podczas objawień w 1648 roku. To w tym miejscu, kto obmyje się wodą z rzeczki z dobra wiarą, zostanie uwolniony od wszelkich chorób. Oto cel naszej pielgrzymki. Z wiarą i pozytywnymi myślami o Renacie i jej nadwyrężonym ścięgnie obmyliśmy się w strumyczku. Bardzo to było przyjemne zajęcie, po którym postanowiliśmy się posilić, szczególnie że niedaleko kapliczki znajduje się całkiem przyzwoita karczma.

Przez Tereszpol dotarliśmy do Zwierzyńca. To tu rozkwitła miłość między Marysieńką, wówczas żoną Jana Sobiepana Zamoyskiego a Janem Sobieskim, wówczas chorążym. Czym to się skończyło wszyscy wiedzą. W Zwierzyńcu przywitał nas Browar zbudowany z początkiem XIX w., a do dziś produkujący bardzo smaczny napój chmielowy.


I znów, westchnęłam sobie, że też w XIX w. architektura industrialna potrafiła cieszyć oko. Zaraz za browarem, budynki zarządu Ordynacji Zamoyskiej, i park, lody...

I jednak trzeba się zbierać, bo późno się robiło. Jeszcze podjechaliśmy na dworzec sprawdzić, czy nie ma jakiegoś połączenia do Suśca. Nie było. Teresa trochę zbladła. Postanowili z Grzesiem wracać najkrótszą droga przez Józefów. Ja nagle nabrałam ochoty na małą wyrypkę, a już szczególnie zachciało mi się zobaczyć wioski położone na drodze wzdłuż Wieprza. Na rozstaju dróg ruszylismy, każdy w swoją stronę.


Droga była bardzo ładna. Przez Guciów – regionalna knajpa, do odwiedzenia następnym razem, podobno przy tej knajpie funkcjonuje prywatne muzeum, a w okolicy w 2006 roku odnaleziono odcisk w skale. Kraków ma stópkę królowej Jadwigi, Góciuw dinozaura.

Wreszcie dotarłam do Krasnobrodu, gdzie przy kościele pożywiłam się moim ulubionym na te okoliczność batonikiem Kinder Bueno. Nawet się specjalnie nie rozglądałam, zmierzch się zbliżał, a mnie jeszcze czekała przeprawa przez las. Drogą na Tomaszów Lubelski dotarłam do leśniczówki, gdzie za czerwonym szlakiem skręciłam w prawo. Była 19.00, kiedy znalazłam się absolutnie sama w lesie, I jakoś tak naszła mnie refleksja, że to może nie była najlepsza opcja z tym lasem. Ale trudno, innej drogi nie było. Wszędzie widziałam jakichś ludzi. Z nadmiaru wyobraźni nawet rybaka zobaczyłam, ale to konar był tylko. I tak 4 km. Wreszcie wyjechałam na Łuszczacz. Jeszcze się zagalopowałam i do Kunek dojechałam, ale bardzo dobrze, bo droga z Kunek do Suśca okazała się szczególnie piękna o zmroku, a też zjazd na koniec to był prawdziwy rarytas. Dotarłam niewiele po Grzesiu i Teresie i padłam. Sama siebie wykończyłam, i aby to stwierdzić nie trzeba było specjalnych dochodzeń.

KoMEnTaRz

Zamieszczane, jak do tej pory na tym blogu relacje, nie są chronologicznym zapisem wydarzeń:). Postacie są autentyczne, czas zupełnie inny.

Co Się OdWleCzE

Przebudzenie w Hrubieszowie. Plan na dzisiaj ustatliliśmy dnia poprzedniego, zatem ambitnie – dojechać do Włodawy. Już jednak poźna pobudka kazała nam, podejść do tych założeń z lekką rezerwą. Ostatecznie postanowiliśmy jechać dokąd się da i nie przejmować brakiem planowej wydajności produkcyjnej.




Na początek krótkie zwiedzanie Hrubieszowa. Prawa miejskie Hrubieszów uzyskał w 1400 r. z rąk mojego ukochanego Władysława Jagiełły. To tutaj Jagiełło spotykał się ze swoim toksycznym bratem Witoldem i jeszcze bardziej ciężkim we współżyciu cesarzem Zygmuntem, tędy wreszcie wiodła droga polskiego króla do pobliskiego Horodła, gdzie podpisano w 1413 r. kolejna unię polsko-litewską.


Właściwie wszystko co ważne w zwiedzaniu Hrubieszowa mieści się na ulicy 3 Maja – barokowy kościół i klasztor dominikanów, których budowę wsparła rodzina Kurdwanowskich. Nomen omen codziennie pokonuje w Krakowie trase Kurdwanów-Centrum. Prawie naprzeciwko kościoła stoi cerkiew prawosławna pw. Wniebowzięcia NMP z 1873 roku, oczywiście z rozporządzenia władz carskich. Idąc dalej w kierunku zachodnim ineliśmy barokową plebanię z 1746 r. To tutaj w 1847 roku urodził się Aleksander Głowacki (Bolesław Prus). Co prawda pisarz opuścił te tereny w wieku 3 lat, ale niech tam, niedaleko jest park i pomnik całkiem już dorosłego i utytułowanego autora. Naprzeciwko parku znajduje się dworek Du Chateau. Wracający z wojen napoleońskim Francuz osiadł tu i zbudował dworek.

Obejrzeliśmy to wszystko, nie ukrywam pobieżnie, gdyż głód kofeinowy nie pozwolił nam się skupić nas szczegółach. Nagle stanęliśmy przed witryną sklepową na której bardzo dużymi literami, było napisane KAWA. Matko Bosko – pomyślałam, czuwasz nad nami. Pani w sklepie na nasze kofeinowe zamowienie zareagowała uprzejmym zdziwieniem. Przerażenie za zdziwienie. Okazało się, że nikt z miejscowych kawy nie zamawia. Pani jednak, stanęła na wysokośc zadania, a że była kobietą miłą i serdeczną zorganizowała filiżanki i zrobiła nam pyszną kawę.


Wreszczie ruszyliśmy. Dzień był słoneczny i prawie upalny. Kierunek Horodło. Minęliśmy uprawy chmielu, i pola z ogromnymi belami zrulowanej słomy. Wreszcie znalazłam jakieś rozsądne przeznaczenie, dla tego dominjącego elementu nowoczesnego, wejskiego krajobrazu. Urządziliśmy słomiane rodeo, co przypomniało nam wszystkim czasy koników na biegunach i generalnie wprawiło w jeszcze lepszy nastrój.
















W Stryżowie skręciliśmy w lewo i przez Hrebenne dotarliśmy do Horodła. Tu zrobił na nas wrażenie koscół polsko-katolicki. Inwencja artystyczno-polityczna miejscowego proboszcza ogromna. Wielkie kamienn lwy wylegiwały się w parku, przeniesione je tu z dawnego parku przydworskiego. Przy rynku kosciół i klasztor dominikanów, których do Horodła sprowadziła w 1411 roku siostra Jagiełły, Aleksandra żona księcia mazowieckiego Ziemowita. Niedaleko klasztoru cerkiew grekokatolicka, obecnie użytkowanna przez katolików. Przed wojną na terenie Horodła znajdowała się także cerkiew prawosławna rozebrana w 1938 r. przez władze polskie.



Przeczytaliśmy, że w okolicy znajduje się kopiec Unii Horodelskiej, ruszylsm na jego poszukiwanie. Kopiec okazał się małym cyckiem usypanym z ziemi. Nie poświęciliśmy mu nalezytej uwagi i ruszyliśmy dalej na na północ, przez Dubienke.

W Dubience czołg, najprawdziwszy na świecie, taki jakim jeździł Janek i Gustlik i cała reszta. Pokolenie Czterech Pancernych i psa. Przy czołgu bawił się chłopiec, miał może 6 lat. Jadł jakąś nieprawdopodobnie wielka porcję lodów i zwracał się do mnie per kapitanie kukurydza. Czołg podobno osobiście wjechał na podest. Niedaleko ustawiona jest armata. Pierwotnie skierowana była na wschód, ale w trakcie jednej z wizyt partyjnych notabli zauważono to karygodne niedopatrzenie i od tej pory armata skierowana jest na zachód. Kto wie, może zawita kiedyś do Dubienki natowska delegacja i wszystko wróci na swoje miejsce.

Z Dubienki boczną droga ruszyliśmy przez malowniczą Uhańkę. Po drodze zaliczyliśmy kolejny kopiec, tym razem usypany ku czci Kościuszki. W Husynnem troche pogubliśmy szlak, ale to jak zwykle na szczęście, bo przeprawiliśmy się przez malownicze pola kukurydzy i stada bocianów, gdzieś poza czasem na końcu świata.



Za Dorohuskiem bardzo przyzwoita knajpa dla TIRowców, posilililiśmy się i ruszyliśmy dalej. O zmierzchu wjechaliśmy do Woli Uhruskiej. Postanowliśmy poszukać tu noclegu. Monika dostała jakiegoś szału poszukiwawczego i w końcu znalazła na skraju wsi, tuż przy lesie kwatere. To była ostatnia wspólna noc z Renatą i Grzesiem. Postanowilismy to uczcić, ale tak żeby nas następnego dnia głowy nie bolały, i spokojnie do tej Włodawy jednak dojechać.