środa, 12 marca 2008

HiTsCHcOcK DaY

Dzień zaczął się zgodnie z zasadami najlepszego kryminału. Wyruszyliśmy na przejażdżkę i zanim wyjechaliśmy z Suśca mieliśmy pierwszą ofiarę tej wyprawy. Renata! Najpierw ból, potem chlupotanie w nodze, tuż nad piętą. Symptomy, niebezpiecznie wskazywały na ścięgno Achillesa. Z Achillesem żartów nie ma. Zapadł wyrok – odstawiamy Renatę na kwaterę. Tragedia tuż po śniadaniu, potem napięcie powinno już tylko rosnąć.



Teresa jako wprawna rehabilitantka obandażowała nogę. Obiecaliśmy Renacie potraktować dzisiejsza wycieczkę jako pielgrzymkę w intencji jej wyzdrowienia.

Ruszyliśmy przez Oseredek i Hamernię do Józefowa. Na peryferiach Józefowa zatrzymaliśmy się w miejscowym barze. Staraliśmy się dowiedzieć od miejscowych skąd nazwa Hamernia. Barmanka mieszkała w Hamerni, pytanie o pochodzenie nazwy zaskoczyło ją jednak. Heroicznie podjęła twórczą próbę sprostania naszej ciekawości. Na pewno od jakiegoś Hamera – stwierdziła po chwili namysłu. Grupa miejscowych, która spożywała płyny pokiwała głowami i też padli przed tak postawionym problemem. Wiedzieli, że w okolicy była drukarnia, ale nikt nic nie wiedział o hamernii. Luki w edukacji uzupełniliśmy wieczorem, korespondencyjnie – telekomunikacyjnie właściwie. Telefon do Dorotki, i wszystko się wyjaśniło, hamernia to po prostu kuźnia napędzana mechanicznie, np. siłą koła wodnego.

Józefów położony na terenie dawnej Ordynacji Zamoyskiej, został założony przez piątego ordynata Tomasza Józefa Zamoyskiego na poczatku XVIII w. Około 1820 r. żydowska rodzina Waxów uruchomiła w Józefowie drukarnię wydającą hebrajskie teksty. Był czas, kiedy z drukarni utrzymywała się ponad połowa mieszkańców miasteczka. W II poł. XIX w. drukarnia padła pod ciężarem konkurencji i rosyjskiej cenzury.

Wjechaliśmy do centrum miasteczka, zajechaliśmy pod neobarokowy kościół, przejechaliśmy koło centrum wszechświata - ciucharni i wylądowaliśmy pod synagogą. Pusto, smętnie, klimatycznie.



Z Józefowa ruszyliśmy drogą w kierunku Aleksandrowa, ale zaraz za miastem skręciliśmy w czerwony szlak w kierunku Tarnowoli. Po drodze minęliśmy zagubione w lesie resztki kamieniołomów. W Tarnowoli drogą przez las dotarliśmy do Górecka Kościelnego, wsi założonej w XVII w. Pośrodku stoi modrzewiowy kościół. Od kościoła aleją dębów dotarliśmy do rzeki Szum, tuż nad rzeczką stoi kapliczka. Nie zwykła kapliczka, a cudowna. Jej lokalizacje wskazał św. Stanisław podczas objawień w 1648 roku. To w tym miejscu, kto obmyje się wodą z rzeczki z dobra wiarą, zostanie uwolniony od wszelkich chorób. Oto cel naszej pielgrzymki. Z wiarą i pozytywnymi myślami o Renacie i jej nadwyrężonym ścięgnie obmyliśmy się w strumyczku. Bardzo to było przyjemne zajęcie, po którym postanowiliśmy się posilić, szczególnie że niedaleko kapliczki znajduje się całkiem przyzwoita karczma.

Przez Tereszpol dotarliśmy do Zwierzyńca. To tu rozkwitła miłość między Marysieńką, wówczas żoną Jana Sobiepana Zamoyskiego a Janem Sobieskim, wówczas chorążym. Czym to się skończyło wszyscy wiedzą. W Zwierzyńcu przywitał nas Browar zbudowany z początkiem XIX w., a do dziś produkujący bardzo smaczny napój chmielowy.


I znów, westchnęłam sobie, że też w XIX w. architektura industrialna potrafiła cieszyć oko. Zaraz za browarem, budynki zarządu Ordynacji Zamoyskiej, i park, lody...

I jednak trzeba się zbierać, bo późno się robiło. Jeszcze podjechaliśmy na dworzec sprawdzić, czy nie ma jakiegoś połączenia do Suśca. Nie było. Teresa trochę zbladła. Postanowili z Grzesiem wracać najkrótszą droga przez Józefów. Ja nagle nabrałam ochoty na małą wyrypkę, a już szczególnie zachciało mi się zobaczyć wioski położone na drodze wzdłuż Wieprza. Na rozstaju dróg ruszylismy, każdy w swoją stronę.


Droga była bardzo ładna. Przez Guciów – regionalna knajpa, do odwiedzenia następnym razem, podobno przy tej knajpie funkcjonuje prywatne muzeum, a w okolicy w 2006 roku odnaleziono odcisk w skale. Kraków ma stópkę królowej Jadwigi, Góciuw dinozaura.

Wreszcie dotarłam do Krasnobrodu, gdzie przy kościele pożywiłam się moim ulubionym na te okoliczność batonikiem Kinder Bueno. Nawet się specjalnie nie rozglądałam, zmierzch się zbliżał, a mnie jeszcze czekała przeprawa przez las. Drogą na Tomaszów Lubelski dotarłam do leśniczówki, gdzie za czerwonym szlakiem skręciłam w prawo. Była 19.00, kiedy znalazłam się absolutnie sama w lesie, I jakoś tak naszła mnie refleksja, że to może nie była najlepsza opcja z tym lasem. Ale trudno, innej drogi nie było. Wszędzie widziałam jakichś ludzi. Z nadmiaru wyobraźni nawet rybaka zobaczyłam, ale to konar był tylko. I tak 4 km. Wreszcie wyjechałam na Łuszczacz. Jeszcze się zagalopowałam i do Kunek dojechałam, ale bardzo dobrze, bo droga z Kunek do Suśca okazała się szczególnie piękna o zmroku, a też zjazd na koniec to był prawdziwy rarytas. Dotarłam niewiele po Grzesiu i Teresie i padłam. Sama siebie wykończyłam, i aby to stwierdzić nie trzeba było specjalnych dochodzeń.

2 komentarze:

tredwer pisze...

Fajnie tu!
i tak wolę CIę słuchać niźli czytać, podtrzymywać rower gdy robisz zdjęcie lub zabierasz się za pałaszowanie zapiekanki.

Mam nadzieję, że znajdą się przerywniki między wyprawami, np jak dobrze zaciupać w badmingtona

albo co należy zrobić złodziejowi, który Ci zapier... rower sprzed drzwi!

:D

powodzenia i wytrwałości w pisywaniu

TM

Kursor pisze...

Dzienki Tomaszku:)). o badmintonie i zapiekankach tez tu w koncu musi byc - tylko musz wiecej materialu zebrac, co oznacza ze trzeba sie bedzie wybrac :)