czwartek, 13 marca 2008

PiErwsZy DzIeń WoLnoŚCi

Stałam na dworcu, czekałam na pociąg i nie mogłam uwierzyć, że to już i teraz, że to start prawdziwy tego, na co czekałam cały rok. Czekałam i wyczekałam: ja już spakowana, na dworcu, rowerek objuczony i gotowy do wysiłku i pierwszej w jego krótkim życiu wyprawy. Choć wyprawa w tym wypadku to może semantyczne nadużycie... Od lat planowałam zwiedzenie wschodnich terenów Rzeczpospolitej, a że wakacje w tym roku krótsze niż zazwyczaj – postanowiłam tęsknotom tym uczynić zadość.Zapakowałam się w pociąg i ruszyłam do Łańcuta. Jako jedyna wypakowałam się na stacji i postanowiłam zacząć moje wakacje od małego co nieco: w centrum trafiłam na sympatyczną pizzerię i tu nadrobiłam niedobory kalorii. Przy okazji zasmakowałam nieco miejscowej atmosfery, siedząc na tarasie i obserwując toczące się wokół życie.


Wzmocniona na ciele, postanowiłam zmierzyć się wreszcie z architektoniczną legendą Łańcuta.Wybierałam się tutaj od lat.

Łańcucka rezydencja powstała jako „palazzo in fortezza”, i tej tradycji pozostaje wierna, nadal się broniąc – głównie przed rowerzystami. Strażnik poinformował mnie, że nie mogę na terenie muzeum pozostawić roweru i nie ma możliwości zabezpieczenia sakw. Okazał mi jednak łaskę i zezwolił na spacer po parku; oczywiście musiałam obiecać, że będę chodzić a nie jeździć po obiekcie.

No to sobie pochodziłam...


Podziwiając park i otoczenie pałacu, spostrzegłam uroczy kawałek trawnika i cudownie ukwiecony klomb, przez który postanowiłam zrobić ujęcie na fasadę budynku. W tym celu musiałam położyć się na trawie, co ochoczo uczyniłam. Nagle – z niebios odezwał się głos: „Pani w zielonych spodniach, proszę opuścić trawnik!” Pomyślałam, że to sam Bóg mnie upomniał i dba o jakość łańcuckich trawników. Potem jednak nabrałam pewnych wątpliwości. A zresztą nawet jeśli Bóg – ponegocjować można... „Trawniki są od leżenia”, zasugerowałam nieśmiało, na co usłyszałam z Niebios – „proszę zejść z trawnika!”. Teraz wiedziałam już, że to nie Bóg, lecz Wielki Brat łańcuckiego pałacu przemówił do mnie. Usunęłam się z trawnika, Wielki Brat zamilkł, a ja już z odpowiedniej odległości podziwiałam alejki, którymi chadzali Lubomirscy, Czartoryscy, Potoccy. Może do nich, przez metalową rurę, jakiś Wielki Brat też wykrzykiwał: „Arcyksiążę Franciszek Ferdynand! Proszę nie niszczyć trawnika!”


Opuściłam Łańcut z mocnym postanowieniem poprawy, powrotu bez roweru, nie pokładania się po trawnikach i zwiedzania jak Pan Bóg przykazał.



Ruszyłam drogą na Kańczugę. Po drodze skręciłam do Soniny, gdzie bardzo ładny zjazd poprowadził mnie do drewnianego kościółka, usytuowanego tuż za szkołą. Tu już spokojnie wyłożyłam się na trawie, delektując uroki Szlaku Architektury Drewnianej, oraz krótko przystrzyżonej trawy.



Opuściłam Schonewald – to pierwotna nazwa Soniny, wskazująca na jej pierwszych niemieckich mieszkańców – i ruszyłam drogą mijając pola, na których żniwa szły pełną parą.

W pewnym momencie znalazłam drogowskaz na Markową i skansen, pojechałam. I znowu znalazłam się w strefie dawnego niemieckiego osadnictwa – dawna nazwa miejscowości to Merkenhof. Jakoś tak czyściej dookoła, może to duchy saksońskich rolników nadal czuwają nad estetyką otoczenia? Chłopiec na dziecinnym rowerku pokazał mi drogę. Spóźniłam się niestety, bo skansen czynny do 15.00, a szkoda – bo to urocze miejsce. Szkoda tym bardziej, że – jak się okazało – to jedyny społeczny skansen w Polsce: powstał z inicjatywy miejscowej ludności. Udało mi się jednak przeskoczyć płot i choć przez chwilę przyjrzeć się zabudowaniom z bliska.


Z Markowej skierowałam się na Kańczugę, potem Urzejowice, wreszcie do Przeworska. Mijałam chałupy i przydrożne kapliczki, tylko agroturystyki żadnej. Zaczęło mnie to nieco niepokoić, ale w końcu w Przeworsku pomyślałam, że tu coś musi się znaleźć.

Zaraz przy wjeździe do Przeworska trafiłam na camping. Domki drewniane, obok stylizowana na wiejską karczmę restauracja, w której za chwilę miało się rozpocząć weselne przyjęcie. Trochę Niemców kręciło się po okolicy. A domki okazały się bardzo miłe. Rozpakowałam się i wyruszyłam na krótki wieczorny spacer po Przeworsku. Jeszcze szybki prysznic i nawet nie wiem kiedy zasnęłam; śniły mi się słonie (te trawnikowe, z ronda w Przeworsku), jak objuczone sakwami crosso niosą mnie w siną dal...

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

no, no, no, skok przez płot, żeby obejrzeć skansen. w swoisty sposób podobają mi się te słonie z ostatniego zdjęcia, zapewne radosny przykład kreatywności zieleni miejskiej. polecamy