Wzmocniona na ciele, postanowiłam zmierzyć się wreszcie z architektoniczną legendą Łańcuta.Wybierałam się tutaj od lat.
Łańcucka rezydencja powstała jako „palazzo in fortezza”, i tej tradycji pozostaje wierna, nadal się broniąc – głównie przed rowerzystami. Strażnik poinformował mnie, że nie mogę na terenie muzeum pozostawić roweru i nie ma możliwości zabezpieczenia sakw. Okazał mi jednak łaskę i zezwolił na spacer po parku; oczywiście musiałam obiecać, że będę chodzić a nie jeździć po obiekcie.
No to sobie pochodziłam...
Opuściłam Łańcut z mocnym postanowieniem poprawy, powrotu bez roweru, nie pokładania się po trawnikach i zwiedzania jak Pan Bóg przykazał.
Ruszyłam drogą na Kańczugę. Po drodze skręciłam do Soniny, gdzie bardzo ładny zjazd poprowadził mnie do drewnianego kościółka, usytuowanego tuż za szkołą. Tu już spokojnie wyłożyłam się na trawie, delektując uroki Szlaku Architektury Drewnianej, oraz krótko przystrzyżonej trawy.
Opuściłam Schonewald – to pierwotna nazwa Soniny, wskazująca na jej pierwszych niemieckich mieszkańców – i ruszyłam drogą mijając pola, na których żniwa szły pełną parą.
W pewnym momencie znalazłam drogowskaz na Markową i skansen, pojechałam. I znowu znalazłam się w strefie dawnego niemieckiego osadnictwa – dawna nazwa miejscowości to Merkenhof. Jakoś tak czyściej dookoła, może to duchy saksońskich rolników nadal czuwają nad estetyką otoczenia? Chłopiec na dziecinnym rowerku pokazał mi drogę. Spóźniłam się niestety, bo skansen czynny do 15.00, a szkoda – bo to urocze miejsce. Szkoda tym bardziej, że – jak się okazało – to jedyny społeczny skansen w Polsce: powstał z inicjatywy miejscowej ludności. Udało mi się jednak przeskoczyć płot i choć przez chwilę przyjrzeć się zabudowaniom z bliska.
Z Markowej skierowałam się na Kańczugę, potem Urzejowice, wreszcie do Przeworska. Mijałam chałupy i przydrożne kapliczki, tylko agroturystyki żadnej. Zaczęło mnie to nieco niepokoić, ale w końcu w Przeworsku pomyślałam, że tu coś musi się znaleźć.
Zaraz przy wjeździe do Przeworska trafiłam na camping. Domki drewniane, obok stylizowana na wiejską karczmę restauracja, w której za chwilę miało się rozpocząć weselne przyjęcie. Trochę Niemców kręciło się po okolicy. A domki okazały się bardzo miłe. Rozpakowałam się i wyruszyłam na krótki wieczorny spacer po Przeworsku. Jeszcze szybki prysznic i nawet nie wiem kiedy zasnęłam; śniły mi się słonie (te trawnikowe, z ronda w Przeworsku), jak objuczone sakwami crosso niosą mnie w siną dal...
1 komentarz:
no, no, no, skok przez płot, żeby obejrzeć skansen. w swoisty sposób podobają mi się te słonie z ostatniego zdjęcia, zapewne radosny przykład kreatywności zieleni miejskiej. polecamy
Prześlij komentarz