Obudziłam się w Przeworsku na campingu niedaleko Restauracji Pastewnik. Było bardzo wcześnie. Zapakowałam sakwy i ruszyłam. To był dopiero drugi dzień w drodze. W normalnych warunkach pochłaniam ogromne ilości kawy, a zwłaszcza rano bez kofeinowego wspomagania – ani rusz. Było jednak za wcześnie, aby odwiedzić pobliską knajpę. Na razie zatem, zamiast kofeiny, postanowiłam pocieszyć się łykiem świeżego powietrza i urokiem pobliskiego parku. Poprzedniego dnia przed zaśnięciem udało mi się jeszcze zaliczyć mały spacer po Przeworsku. Miasteczko miłe i klimatyczne, choć nieco zaniedbane.
Bardzo spodobała mi się Bazylika św. Ducha. Jest to jedno z tych miejsc, w którym mam wrażenie, że wszystko jest możliwe. Nawet to, że nagle zza rogu wyłoni się ktoś zagubiony w odmętach czasu, a może ja sama się w nim zawieruszę – choćby na moment.
Wąska uliczka prowadzi do bramy w średniowiecznych murach obronnych, nad którymi góruje gotycka wieża kościoła. Charakterystycznym elementem jest podobny do prawosławnego podwójny krzyż bożogrobowców, pierwszych gospodarzy świątyni i zarządców okolicznych dóbr.
Przełączka prowadzi z kościoła do pobliskiej plebanii, tworzy malowniczą całość. Tylko po co te samochody?
We wschodniej części starych murów znajduje się brama z widokiem na uliczkę prowadzącą do centrum. Wszystko na terenie dawnego cmentarzyska i w najstarszej części miasta, zwanej dawniej Kniaże Pole.
Przy uliczce prowadzącej do ratusza Jan Nepomucen pilnuje, aby ludziom kasy nie zabrakło – na artykuły spożywcze, owoce i warzywa. Robotę ma ciężką, to i zmartwiony jest bardzo i ku ziemi ciążący. Nad rynkiem dominuje budynek ratusza, którego początki sięgają XV wieku.
Sam park (założony na przełomie XVIII i XIX wieku) okazał się bardzo przyjemny. Piękna przestronna aleja, z pierwszymi, już o tej porze, spacerowiczami. Na terenie parku znajduje się zespół pałacowy – sam pałac powstał z inicjatywy księcia Henryka Lubomirskiego w pierwszej połowie XIX w. W budynkach pałacu znajduje się Muzeum, oczywiście nieczynne o tej porze. Trudno – pomyślałam – trzeba tu będzie wrócić... i pojechałam dalej na Sieniawę. Miałam nadzieję, że po drodze znajdę choćby jakąś stację benzynową, byle z kawą. Byłam już blisko, była i stacja, i ekspres do kawy, ale niestety – nieczynny. Obsługa stacji dała mi jeszcze nadzieję: dwa kilometry dalej jest restauracja! Była, ale jeszcze zamknięta. Chociaż colę, pepsi jakieś na przetrwanie.... Pomogło na chwilę.
Droga była ładna, minęłam jakiś dziwny zbiornik wodny, właściwie wodny bunkier, jakoś tak militarnie wyglądał i obetonowany był z każdej strony. Wreszcie, od zachodniej strony, zaczęłam zbliżać się do Sieniawy. Z dala za Sanem widać było jakiś nieprawdopodobny twór architektoniczny, coś między pałacem zimowym, cerkwią prawosławną a pałacem chińskich cesarzy. Daleko było, więc nie do końca byłam w stanie ocenić dominujący wątek stylistyczny, tej zadziwiającej, niewątpliwie psującej proporcje otoczenia budowli. Pomyślałam, że może majaczę już z braku tej kawy, więc z jeszcze większą determinacją docisnęłam pedały. W końcu w Sieniawie, do jasnej... kawy musi być!
Po drodze było sporo reklam Hotelu Sieniawa, iskierka nadziei. Hotel okazał się być dawnym pałacem Czartoryskich położonym na terenie pięknego kompleksu parkowego. Zobaczyłam restaurację, jestem uratowana! Jednak nie: czynna od 11.00, a jeszcze godzina oczekiwania na dawkę kofeiny może okazać się zabójcza. Ratunek nadszedł w końcu z innej strony. Wpadłam do recepcji hotelowej, gdzie na posterunku tkwiła bardzo sympatyczna Pani. Oznajmiłam, że musi mnie poratować i powiedzieć gdzie, byle natychmiast, mogę napić się kawy. Okazało się, że w hotelowej restauracji, gdzie właśnie wydawano śniadania. Przeszłam przez wnętrza ni to muzealne, ni to hotelowe, weszłam do pomieszczenia zastawionego filiżankami, tacami z jedzeniem i termosami z kawą. „Raj!” pomyślałam, i gdybym miała jakieś królestwo na podorędziu zaraz bym je podarowała chłopcu, który wskazał mi filiżankę a potem zainkasował 5 PLN. Nawet Niderlandów nie miałam, ale i tak byłam szczęśliwa.
2 komentarze:
bardzo przyjemnie sie czyta tekst zwlaszcza jak sie wie sporo o odwiedzonych miejscach...wartosc historyczna tekstu jest duza to na pewno plus, chociaz ja wole obyczajowe i sytuacyjne watki,cenie sobie otwartosc podrozniczki na swiat i ludzi ,jednak zawsze mowilem ,ze nalezy do wyprawy sie przygotowac nalezycie i zabrac ze soba jakis sprzet do gotowania kawy -wiele nie wazy a jest sie samowystarczajacym -no ale to ja ,jeszcze jedna sprawa -zdjecia fajne-powiedzialbym geograficzno -historyczno -obyczajowe. tak trzymac.
:) ale moj drogi, jak bym sobie wziela sprzet do robienia kawy to o czym bym pisala?
Prześlij komentarz