wtorek, 11 marca 2008

BeZ POśPieChU w LuBAcZowIe


„Bez pośpiechu w Lubaczowie”, takie hasło hipnotyzowało nas z wywieszonego blisko centrum bilboardu. Przystanęliśmy, pokiwaliśmy głowami. To co zobaczyłyśmy obok hasła już nie było takie uspokajające. Lubaczów? Góry? Górale? Odwieczny porządek Wszechświata zachwiał się
w posadach. Jedno było pewne: „Bez pośpiechu” - tego postanowiliśmy się trzymać.

Tego dnia niespiesznie zeszliśmy na śniadanie. Powoli wypakowaliśmy rowery, i nawet fakt,
że jeden z nich wymagał reanimacji, nie wzbudził większych emocji. Podjęliśmy leniwie akcję wymiany dętki i ruuuszyliśmy.



Bardzo powoli wchodziliśmy w rytm tego dnia. Obraliśmy kierunek na Wielkie Oczy. Po drodze przy malutkim cmentarzu, zaczepili nas miejscowi chłopcy na rowerach i koniecznie chcieli
się z nami ścigać. Już nie pamiętam kto wygrał, ale na pewno wszyscy się bawili dobrze.



Po drodze do Wielkich Oczu trafiliśmy do Łukawca, gdzie czekała na nas piękna cerkiew greckokatolicka z 1701 roku pod wezwaniem Dmitra Męczennika. Piękna i pusta. Jak to w życiu. Sama bryła się ostała, ale drzwi były otwarte, więc nawet tę pustkę można było przez chwilę pokontemplować.



W miejscowym sklepie zrobiliśmy sobie przerwę na lody, a potem przyszedł czas na przerwę prewencyjną. Zatrzymała nas straż graniczna. Zatrzymała i spisała, ale bardzo uprzejmie,
z prośbą abyśmy, jeśli tylko zauważymy coś podejrzanego (szczególnie skośne oczy) zaraz o tym równie uprzejmie donieśli. W tym celu otrzymaliśmy nawet namiary na Panów.
Przyglądali się badawczo Grzesiowi, czy jego oczy nie są aby skośne.

Wreszcie dotarliśmy na koniec świata, gdzie turysta jest gatunkiem raczej jeszcze nieznanym,
a wszystko wokół pozostaje w stanie uśpienia. Czeka na księcia inwestora, który rozbudzi życie, przepływ turystów i gotówki.



Zbudowana w 1925 roku cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem św. Mikołaja Cudotwórcy to jedyna w Polsce cerkiew o szachulcowej konstrukcji ścian. Przez moment poczułam się jak na Pomorzu. Synagoga zbudowana została w 1910 i kto wie ile jeszcze postoi, jeśli ktoś nie podejmie szybkich działań ratunkowych.

Spotkaliśmy kobiecinkę z dużą ilością kiełbasy. Kobieta z kiełbasą, czy to jest temat dla współczesnego artysty? Chyba nie, a jak się okazało i dla nas nie był to materiał na przewodnika. Albo my tak słuchaliśmy. Wyładowaliśmy gdzieś na skraju lasu, gdzie turystyczny instynkt kazał nam się cofnąć i poszukać właściwej drogi na Żmijowska.



Gdyby ktoś ogłosił jakiś plebiscyt na najbardziej wiejską wieś w Polsce, to ja Żmijowiska typuję od razu. Bajorko pośrodku, w bajorku kaczki, wierzby po drodze, skup runa leśnego i tak wiejsko jakoś anielsko.



Tuż za wioską znaleźliśmy zagubioną w lesie drewnianą cerkiew, a przy niej rozsiane wśród drzew ukraińskie nagrobki. Pozostałość po dawnych mieszkańcach tej wioski.



Dalej, drogą tuż przy granicy ruszyliśmy w kierunku Wólki Żmijowskiej. I tu spotkała nas pyszna niespodzianka. Wielkie pole jeżyn. Mniam!



Wólka Żmijowska okazała się miejscem absolutnie odrealnionym, parę chałup na krzyż, i to jeszcze zagubionych w chaszczach i krzakach, i w tym wszystkim kolejna opuszczona cerkiewka.



Na rozstaju dróg krzyż i brakowało tylko Bruno O'ya, który wyskoczył z Wilczych Ech i przez przypadek zagalopował się w te okolice. Pasowałby jak ulał.



Ruszyliśmy na północ, minęliśmy jeszcze sosnę o pięciu pniach, a przy niej kapliczkę z zeszytami, w których można było wpisywać święte intencje. Popatrzyliśmy na okładki zeszytów i zdziwiło nas ich przeznaczenie, ale widocznie nikt na tak mało istotnych szczegółach się nie skupia.

Wyjechaliśmy na Cetynię, gdzie w miejscowym sklepie spożywczym zjedliśmy bajeczny posiłek złożony z chrupkiego pieczywa, pasztetowej „od dudy”, pomidorów i napojów mocno chłodzących. Dawno mi pasztetowa tak nie smakowała.



Tak posileni ruszyliśmy na Hołodówkę, gdzie staliśmy się przyczyną przygranicznego zamieszania. Trafiliśmy na zamknięte i niestrzeżone przejście graniczne, gdzie postanowiłyśmy
z Renatą zrobić sobie fotkę przy ukraińskim słupie granicznym. Przed słupem stał szlaban ze znakiem zakazu wjazdu. No to grzecznie zostawiłyśmy rowery przed szlabanem. Ledwo zakończyłyśmy sesję zdjęciową z obściskiwanym słupem granicznym w roli głównej, pojawił się mężczyzna. Bez zbędnych wstępów zaczął na nas krzyczeć, że co my sobie wyobrażamy. „No Matko” - powiedziałam - „tylko sobie zdjęcie zrobiłyśmy”. „Będzie mandat, 500 złotych i będzie O Matko” - powiedział, ale darował winy i pojechaliśmy dalej przez las.

Późno już się robiło, więc postanowiliśmy powoli kierować się do Lubaczowa. Było to działanie czysto intuicyjne, bo jakoś straciliśmy orientacje, ale nie wiarę, że jakoś dotrzemy do celu. Trafiliśmy ponownie na ślady niemieckich osadników: niemiecki cmentarz, z tablicą upamiętniającą porządnego chłopa Jacoba. Od strony wschodniej wjechaliśmy do Lubaczowa. Teraz czekały nas przyjemności towarzyskie, na kolację zaproszeni byliśmy do Dzidki i jej rodziny. Grill już się grzał, a wieczór - jak i cały dzień - bez pośpiechu i leniwie przebiegł w miłej atmosferze: opowieści z dawnych lat, czytanie przewodników, i pyszne jedzenie. Jak wiadomo, smakować należy bez pośpiechu, szczególnie w Lubaczowie.

4 komentarze:

manto pisze...

grrratulacje!!!!! zazdrość zbiera i oko bielą zachodzi w ten paskudny zimopodobny dzień.

ZaSiedmiomaGorami pisze...

dzieki:)), sama już tęsknię za kolejnymi wypadami.

Anonimowy pisze...

Z opisu wynika ze byl to wspanialy dzien naprawde zazdrosc zbiera.To sa klimaty ktorych nie znajdzie sie w miescie. najwazniejsze to mi sie wydaje podejscie do takiej wycieczki i bedzie mnostwo wrazen.

Anonimowy pisze...

to chrupkie pieczywo wyglada mi raczej na krakersy