niedziela, 16 marca 2008

AbY PrZed SiEbiE

To był dziwny dzień: najpierw gonitwa za kawą, a potem szukanie pomysłu na spędzenie czasu do przyjazdu reszty ekipy... Mieliśmy się spotkać w Jarosławiu następnego dnia. Postanowiłam zatem „zrobić kółko”. Objechać Sieniawę i przenocować w okolicy tak, żeby jeszcze jutro mieć możliwość zobaczenia czegoś ciekawego przed dojechaniem – na popołudnie – do punktu zbornego.

W recepcji Hotelu Sieniawa leżał egzemplarz maszynopisu, który okazał się przewodnikiem po okolicach Sieniawy, spisanym przez miejscowego pasjonata. Dzieło owo było jak suto zastawiony stół, do którego nie mogłam się dobrać z powodu braku czasu. Zadowoliłam się zatem fast foodem - mapą okolic Sieniawy z w miarę wyczerpującym opisem.

Jeszcze w centrum Sieniawy doznałam pierwszego uszczerbku na zdrowiu. Uderzyłam sie w kość strzałkową pedałem własnego roweru. To prawie jak strzelić sobie samobója, tyle że tu krew sie polała. W budynku ratusza była apteka. Kupiłam wodę utlenioną. Apteka chwaliła się 100-letnią tradycją. Dowodziły jej przede wszystkim meble, stare apteczne skrzynki z wykaligrafowanymi łacińskimi nazwami leków. Właściciele, zorganizowali też minimuzeum z dyplomami i zaświadczeniami, zdjęciami sprzed wieku. Jak się okazało, apteka – i owszem – istniała już ponad sto lat... ale dopiero od niedawna w tym miejscu.

Próbowałam poczuć atmosferę dawnego portowego miasta, wyobrazić sobie to miejsce jako centrum tętniące życiem: statki zawijające do portu, pełne spichlerze, karawany kupieckie przeprawiające się przez miasto w drodze na wschód i ze wschodu w kierunku Śląska, oddziały wojska imć Hieronima Sieniawskiego stacjonujące w pobliskiej twierdzy, tych wszystkich tkaczy, rzeźników, szewców, kuśnierzy, garncarzy, ale też muzyków i malarzy; Polaków, Rusinów i Żydów, którzy żyli i pracowali obok siebie. I nic z tego nie zostało. Ratusz pośrodku, obok supermarket, smętne stoiska z pomidorami i wiklina, a obok niskie bloki.



Uciekłam czem prędzej w kierunku Rudek – i nie zawiodłam się. Wyjechałam prosto na murowany kościół (dawna cerkiew) by zaraz za nim, tuż tuż, natknąć się na prawdziwą perełkę drewnianej architektury, pochodzącą z XVII w. cerkiewkę. Niczym dziecko kryjące się za spódnicą matki, i ona schowana była za murowaną fasadą nowszej świątyni.



W Rudkach wjechałam na główną drogę prowadzącą z Sieniawy na Tarnogród, i skręciłam w prawo w Majdanie Sieniawskim. Tu natknęłam się na przydrożny krzyż. Zatrzymałam się i postanowiłam odpalić mojego Olympusika. Gdy tylko zaczęłam przymierzać się do ujęcia, z pobliskiej chałupy wyszedł człowiek, który mi o krzyżu i pobliskiej nieistniejącej już lipie zaczął opowiadać. Po lipie został jedynie ścięty pień, a podobno piękna była... Sądząc po tym, co zostało, musiała być rzeczywiście imponująca. Niestety, w trakcie prac kanalizacyjnych któryś z robotników uszkodził korzeń, i trzeba ją było ściąć. A drzewo stare było: jeszcze matka tego człowieka z którym rozmawiałam – dziś 80-letnia – opowiadała, że jej ojciec (!) mówił, że jego ojciec (!!!) je pamiętał. Dużo widziała ta lipa. Może i tego, który budował kapliczkę i pewnie w podmurówkę wsadził butelkę z intencją.



Tak podobno było z sąsiednim krzyżem, który wybudował żołnierz, wracający z wojen napoleońskich. Takich podziękowań po drodze i próśb jest bardzo dużo, a wszystkie piękne.



Dojechałam do końca drogi i przy kolejnym krzyżu skręciłam w prawo w wiejską drogę. Minęłam kombajn, który pełną parą pracował na środku pola. Malowniczą drogą koło leśniczówki wjechałam w Pawłowej w kompleks leśny. Aż dziw bierze, że tu nie ma ścieżek rowerowych. Wjechałam w sam środek ogromnego lasu. Wokół nikogo i tylko drzewa. I tak jakieś 8 km, aż wreszcie wyłoniłam się z lasu i wjechałam prosto na drogę Sieniawa – Oleszyce. Dotarłam do Mołodyczy i tu skręciłam na Radawę.



Mołodycz do 1945 była zamieszkana przez Ukraińców. To mój pierwszy kontakt z akcją „Wisła”, której ofiarą padła m.in. ta właśnie miejscowość, a właściwie jej mieszkańcy. W trakcie walk z bandami UPA wieś została wysiedlona i zniszczona, pozostała po niej niepiękna ale klimatyczna cerkiewka – obecnie jest to kościół katolicki.



Nieopodal znajduje się studnia z cudownie lodowatą wodą, w której z dziką rozkoszą zanurzyłam nogi, nie zdejmując nawet sandałów, żeby cieszyć się chłodem jeszcze dużo później.



Dzień zakończyłam w Radawie, gdzie znalazłam bardzo przyzwoity nocleg...

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Zolnierz wojsk napoleonskich - no prosze- historia motywem wyprawy

Unknown pisze...

Chyba reportaż pisany z pamięci bez patrzenia na mapę, nie Leżaków tylko Leżachów, i nie Rudki tylko Rudka (w Rudce, przez Rudkę).